Drabina Jakubowa – moimi oczami

Blog

Drabina Jakubowa – moimi oczami

Minął tydzień jak wróciliśmy z Brańszczyka. Minął tydzień w trakcie którego ten wyjazd bardzo we mnie pracował. Minął tydzień w trakcie którego zdałam sobie sprawę z tego jak wiele ta wyprawa mi dała…

O Drabinie Jakubowej dowiedziałam się bezpośrednio od bliskiej mi osoby – która jeździ tam raz do roku jako wolontariuszka, opiekować się osobami z niepełnosprawnościami. Dwa lata z rzędu śledziłam ich profil na instagramie, oglądałam zdjęcia i słuchałam opowieści z pierwszej ręki, jak tam naprawdę jest. Brzmiało dobrze, brzmiało prawdziwie, brzmiało tak, jakby to było coś dla nas…

“Monika, weź Nadię i jedzcie na turnus rodzinny” – usłyszałam.  Nadia będzie miała swojego wolontariusza, na jakiś czas w ciągu dnia, a Ty będziesz mogła skorzystać z programu, przygotowanego dla rodziców, z rekolekcji, mszy, medytacji lub po prostu mieć moment dla siebie. To zabrzmiało jeszcze lepiej. No dobra, piszę maila. Zostałyśmy zapisane. Zaliczka wysłana, data ustalona, formularze uzupełnione. Mamy to…

Ostatniego dnia czerwca sporządziłam listę rzeczy, spakowałam dwie walizki, jedną niebieską – moją, drugą różową ze świnką Peppą – Nadii. Leki, koszyczek z workami, plastrami, sprayami i innymi gadżetami do stomii, ulubione jedzonko, kołdrę i poduszkę z Peppą – bez której nigdzie nie wyjeżdżamy na noc, bujaczkę – która miałaby zawisnąć na drzewie, po tym jak dowiedziałam się, że na terenie ośrodka takowej nie ma, a to naprawdę nasz “must have” przy dłuższych pobytach, a pobyt liczył 7 dni.

Pojechałyśmy, same, we dwie – dziewczyny, trochę taki “girls trip”. Miałyśmy do pokonania ponad 400 km, zrobiłyśmy jedną przerwę – w Maku. Ja wypiłam kawkę, Nad zjadła fryty (kiedyś bym na to na pewno nie pozwoliła) i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Słuchałyśmy Shakiry, Super Moce, Lloret de Mar – Maty i innych hitów z Nadii Playlisty przy których tańczyła w aucie na siedząco.

Mijamy tablicę Brańszczyk – jesteśmy już zmęczone i ona i ja. Jedziemy na sam kraniec wsi, jest upalnie, a moim oczom ukazuje się przepiękne zielone pole, a za nim szeroka lazurowa rzeka, po której pływają sobie kajaki. Zaraz za molo, które jest punktem widokowym na rzekę – widać wjazd do Centrum Księdza Orione, w skład którego wchodzą: dom zakonny, dom emeryta, dom rekolekcyjny i Drabina Jakubowa. Uff dojechałyśmy – teraz już będzie z górki – myślę.

Wzięłyśmy dwie walizki i poszliśmy do głównego wejścia, mijając po drodze mnóstwo kwiatów, zieleni i sad. Byłyśmy nieco zdezorientowane, bo kompleks jest dość duży. W drzwiach stała młoda dziewczyna w okularach o ciemnych falowanych włosach, przywitała nas uśmiechem i pytaniem “Kogo witamy?”. Na moją odpowiedź: Nadię z mamą – usłyszałyśmy: “ooo to ja jestem Waszą wolontariuszką!”. Zaczęło się naprawdę super! Ale… mijając próg budynku mojemu dziecku ukazał się długi szeroki korytarz z szeregiem drzwi prowadzących do pokoi. Pomyślała, że jest w szpitalu… Chwyciła moją rękę i wyszła prowadząc mnie do auta po 5h podróży, z gestami wskazującymi jedno: “mama , wracamy”. Oł noł. 

Po jakimś czasie udało nam się wejść ponownie, do naszego pokoju, a potem przebiegła sobie tym długim korytarzem, zbadać teren i zatrzymała się przy oszklonej recepcji. Szybko jednak uciekła, bo uznała ją za dyżurkę pielęgniarek, gdzie zaraz pewnie ktoś zakładał jej będzie wenflony i pobierał krew. Do tamtego miejsca nie zbliżała się przez pierwsze dwa dni. Tego samego wieczoru naszą wolontariuszkę wzięła za pielęgniarkę i bezpardonowo wyprowadziła z naszego pokoju, po czym zamknęła jej drzwi przed nosem. Kurtyna. No cóż, po tym co za nią, chyba nawet mnie to nie dziwi. 

Od drugiego dnia było już tylko lepiej, zrozumiała, że miejsce w którym jesteśmy to nie szpital, a wolontariuszka to nie pielęgniarka, że można biegać, chodzić na spacery, na place zabaw, zjeść loda z budki w centrum wsi, huśtać się na bujaczce, dosiadać się do stolików pań emerytek i razem z nimi konsumować posiłki oraz biegać po całym ośrodku i nikogo to nie dziwi i nikomu to nie przeszkadza. Pełen fun!

I tak spędzałysmy sobie dzień po dniu na tej urokliwej, cichej, mazowieckiej wsi, w otoczeniu natury i przepięknej rzeki Bug, nad którą chodziłam codziennie wieczorem podziwiać zachód słońca. Na stołówce, gdzie jedliśmy wspólnie śniadania, obiady i kolacje wisiały różne cytaty, a jeden szczególnie wywarł na mnie wrażenie: “Wstań! Nie skupiaj się na swoich słabościach i wątpliwościach. Wyprostuj się… Wstań i idź”. Codziennie wywieszany był też sugerowany harmonogram dnia. Było między innymi Mini Zoo, do którego nie pojechałyśmy, bo właśnie w tym czasie Nadia uświadamiała sobie, że jej wolontariuszka to nie pielęgniarka, także szkoda byłoby zaburzać wtedy ich relację. Na kolejną atrakcję, którą była wyprawa kajakami już się zdecydowałyśmy – to był nasz wspólny pierwszy raz w życiu w kajaku i już wiem, że nie ostatni, było cudownie. Plusem też był częsty brak zasięgu, który pomagał w wyciszeniu się i skupieniu, jednak nie przewidziałam, że poporowadzenie zaplanowanego Live z Kamilą o neurocytotronie stamtąd, może być nie lada wyzwaniem, trochę trudności było, ale jakoś się finalnie udało. <3

Ilość miłości, czułości, ciepła, akceptacji, zrozumienia, wrażliwości i cierpliwości które dane mi tam było poczuć, doświadczyć i zobaczyć jest nie do opisania. Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami, choć miejscami bardzo podobni, są jednak mimo wszystko różni i każdy od każdego mógł czerpać, w rozmowie, w geście, w uśmiechu, w przysługach o które tam nie trzeba zawsze bezpośrednio prosić. Ludzie choć mierzą się ze swoim cierpieniem, zmęczeniem i chorobą dziecka – są otwarci na drugiego człowieka, widzą go, nie odwracają wzroku, nie alienują się przesadnie. I tak, jakim pięknym zaskoczeniem było dla mnie jedno z pytań, które usłyszałam od pewnego ojca, gdy w trakcie obiadu moje dziecko postanowiło zorganizować sobie maraton bujania na fotelu – “Monika, Ty idź zjedz, ja ją pobujam”. Takich bezinteresownych pytań i otwartości było tam całe mnóstwo. Nasza wolontariuszka, również przychodziła na posiłki jako ostatnia, tak abym ja mogła zjeść w spokoju pierwsza, bo to dla mnie luksus, to zauważenie i odpowiedź na moje realne potrzeby, bo my mamy dzieci z niepełnosprawnościami często marzymy po prostu o przespanych nocach, ciepłej kawie, chwili ciszy, o posiłku przy stole bez biegania za dzieckiem, o braku dramy w miejscach publicznych, gdzie spojrzenia i komentarze innych ludzi bardzo często rysują nam psychikę, marzymy o prostych rzeczach, które dostrzeżone powodują, że w naszych sercach pojawia się wzruszenie i wdzięczność, że w końcu też ktoś zobaczył nas. Nas jako człowieka, który mimo gloryfikowanego bohaterstwa, które nam się przypisuje – potrzebuje po prostu chwili wytchnienia i odpoczynku.

Dziękuję Drabino Jakubowa!

Rolkę z wyjazdu znajdziesz, tutaj.

 

Zostaw komentarz